6 miesięcy minęło i… niedoczekanie nasze?

maskotka smok
0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Google+ 0 0 Flares ×

Nie wiem, czy to wpływ telewizji, czy doboru lektury, ale w moim otoczeniu jest dużo mam, które uwielbiają klimat rodem z horrorów. Jednym słowem, straszenie. Snucie opowieści o tym, co też strasznego i w naszym życiu zaraz nastąpi, bo przecież bycie mamą to tak potwornie wyczerpujące zajęcie, że lepiej nie zaciążać, by się nie przeciążać. A będzie, jak być musi, bo przecież zawsze (???) jest. Ledwo zobaczymy dwie kreski na teście ciążowym, już oczami wyobraźni powinnyśmy dojrzeć katastrofę. Koniec. Apokalipsę. The end. Wszystkiego, co dobrze znane i przez nas lubiane.

(Uwierzcie mi. Stephen King mógłby do niektórych z takich mam przyjść na naukę. Mistrzowsko opanowały lekcję tworzenia atmosfery pełnej macierzyńskiej grozy. Strach się bać.)

***

„Poczekaj, jeszcze zobaczysz…”

***

Gdy okazało się, że jestem w ciąży, raz dwa mnie któraś koleżanka ustawiła do pionu. Jak to niby będzie. Jak bardzo źle. Bo straszne będzie wszystko. Spać się nie będzie dało, jeść się (nie)będzie chciało, na stojąco się będzie zasypiało, do sznurówek się nie będzie sięgało… i co? Poza stwierdzeniem faktu zaciążenia, niewiele się z początku u mnie zmieniło.  Ani się obejrzałam, a minął pierwszy trymestr. Miały być mdłości. Jakieś nietypowe zachcianki. Zmęczenie… i nic! 

„Poczekaj, jeszcze zobaczysz…”

Czekałam więc dalej. Na te straszne skurcze łydek (były z trzy lekkie, przeszły niezauważone), na zawroty głowy (chyba od wysokich cen wszystkiego z etykietką „dla malucha”!), bóle kręgosłupa, zgagę, popuszczanie moczu… i znów nic! (Co za pech!)

„Poczekaj, jeszcze zobaczysz…”

Co? Tę niby straszną glukozę, co okazała się słodkim czymś, co wypiłam bez krzywienia się, w kilka sekund, ku zdziwieniu młodej pielęgniarki? Ech…

„No to teraz zobaczysz…”

Minął lipiec, sierpień… i dopiero z końcem ciąży stopa zaczęła mi lekko puchnąć. Jedna. Ale że nic nie bolała, życia mi nie utrudniała, więc zbytnio się nad nią nie rozczulałam. Jakieś ADHD mnie jedynie w którymś tam miesiącu dopadło, więc do końca ciąży nadaktywnie się udzielałam, sypiając po pięć, sześć godzin na dobę. Co mi wcale nie przeszkadzało.

Wiem, najgorsze nadciągało. Teraz dopiero miałam zobaczyć, jak to będzie.

***

Minęło kolejnych sześć miesięcy. Zaskakująco dobrych miesięcy. 

Kolki? Nieprzespane noce? Kilkugodzinne noszenie na rękach? Śniadanie jedzone w porze obiadu, bo wcześniej się nie dało? Choróbska i lekarze? Ciągłe marudzenie? Zero wyjść, bo dziecko…? Bolesne ząbkowanie?

Ech, tyle miałam mieć tematów do pisania i narzekania, a tu cisza i spokój. Ponosić, owszem, czasem trzeba, ale nie godzinę czy dwie, a kwadrans. Albo i mniej. Potem dobrze być gdzieś na horyzoncie, ale to nie tak, że wyjść z pokoju ani na sekundę nie można. Aż tak źle to nie jest.

Wiem, mieliśmy szczęście. Miniaturek jak był, tak nadal jest mało płaczliwym dzieckiem. Szczepienie go ani razu nie ruszyło. Kąpiel od początku cieszyła. Kaszel, jaki go w styczniu dopadł, był tylko lekkim, mało męczącym kaszlem. Także próba przestawienia go teraz z diety mlecznej na pierwsze warzywa przeszła niezauważenie.

Na co by tu ponarzekać? Naprawdę ciężko mi coś wymyślić teraz. 

Znajomi mieli się wykruszyć. Ci bez dzieci. I co? Zapraszają nadal do siebie. I wpadają, jak kiedyś wpadali. Tyle że zazwyczaj bez wina, a z bajeczkami lub jakimiś misiami. 

Wyjść nigdzie miałam nie wychodzić, bo i jak? Ano, czasem gdzieś bywam. A bywać będę wiosenną porą jeszcze więcej. I to coraz częściej sama, bez ośmiokilogramowej nadwyżki bagażowej. Da się wszystko zorganizować? Jakoś się z reguły udaje.

Moja codzienność miała ograniczać się przez najbliższe trzy lata do piaskownicy? Też nic z tego. Już planujemy czerwcowy wypad do Słowenii. W trójkę. Samochodem. (Małą Pandą, więc co chwila słyszymy: Przecież się nie zmieścicie! Damy radę. Nie takie rzeczy się w życiu robiło.)

Pół roku zleciało. I jedynie czasu na wszystko wciąż brakuje.

Wina Miniaturka? Gdzie tam!

Wciągnął mnie choćby ten serial i kilka innych, dość czasochłonnych, zajęć. O czym wkrótce.

Nie-Matka Polka

The following two tabs change content below.
Anula. Bloger w podróży. Przez życie.

Ostatnie wpisy Nie-Matka Polka (zobacz wszystkie)

27 przemyśleń na temat “6 miesięcy minęło i… niedoczekanie nasze?”

  1. ~Monika pisze:

    Mnie tak nastraszyli z porodem, że śmierć na miejscu i te sprawy! Może to i dobrze bo nastawiłam się na koszmar a chwilę po wszystkim powiedziałam mężowi, że tak to ja mogę rodzić co roku :) no i za chwilę będę rodzić drugi raz :)

  2. ~zapalka pisze:

    Co do braku dolegliwości ciążowych to byłaś szczęściara, nie ironizuj tylko sie ciesz :D inna sprawa to pewnie forma przekazu, wzajemne straszenie sie to taka „norma” u Polek.
    I w stylu Stephena Kinga dodam, ze kazda ciaza jest inna, wiec tylko czekaj ;))))

  3. ~Olga Cecylia pisze:

    Zastanawiam się, w jakim celu to straszenie. Może żeby się za bardzo nie cieszyć? Bo jak bliźni się cieszy, to samemu jakoś tak smutno? Jak w „Misiu”: mam domek, światło, gaz… Nie ciesz się, nie ciesz, i tak ci wyłączą!

    1. ~lidka pisze:

      To nie jest tak, że straszenie. Chodzi o bycie świadomym. Może być pięknie i słodko jak u ciebie. Ale może też nie być. I ważne jest, żeby, mając na uwadze że może być tak i tak, podjąć decyzję świadomie. Że dam radę jeśli małe będzie przesypiało całe noce, dam radę, jak się będzie budziło co godzinę, dam radę jeśli znajomi będą mnie nadal odwiedzać, dam radę również jeśli się wykruszą, dam radę gdy dziecko będzie mało płaczliwym, zadowolonym z życia maluchem, dam radę również gdy urodzi się chore i będzie potrzebowało opieki 24h/dobę. Gazety, reklamy, filmy przyzwyczaiły nas do obrazka rodziny wiecznie uśmiechniętej, z wszystkiego zadowolonej, ze zdjęciami słodkich maluchów na ajfonie, mama szczupła i zadbana, ojciec poświęcający się całkowicie rodzinie i wiecznie uśmiechnięty, wszyscy cierpliwi, pełni miodu. Żeby rozwiać te obrazki (bo później płacz, że miało być inaczej) dziewczyny postanowiły opisywać swoje prawdziwe doznania z macierzyństwa. Tylko że do wszystkich informacji (i tych dobrych i tych straszących) trzeba podchodzić z dystansem, może się przydarzyć, ale nie musi.

  4. ~jolka pisze:

    Coz mialas szczescie, ot co. Ja sie nastawilam na piekna ciaze, aktualnie dobiłam do 7 miesiaca i chce umrzec. Pierwsze 4 rzygałam 6-8 razy dziennie, potem zaczęły się potworne bóle bioder i kręgosłupa, potrafię zemdleć z bólu a jak wiadomo za dużego pola manewru w przeciwbólowych prochach nie mam, no i skurcze łydek ktore nie pozwalają mi spać. Koło 6 miesiąca powróciły mdłości :) Do tego chroniczne zmęczenie, problemy z cukrem i tarczycą. Odliczam dni do porodu. Chociaż w sumie nie sądzę żeby po było lepiej.
    Pierwsza ciąża była jak Twoja, dziecko aniołek, zero problemów. To mi teraz los dowalił za wszystkie czasy.

  5. ~ewa pisze:

    U mnie było to samo. Straszyli, cuda wianki. Ciążę przeszłam niezauważenie. Jedyne co to wyszła mi cukrzyca ciążowa w 24 tygodniu, ale summa summarum wyszło mi to na dobre (o ile można tak napisać:P) bo dzięki diecie bezcukrowej przytyłam tylko 13 kg. Poród nie był najgorszy. Straszyli mnie ze 15-18 godzin bo pierworódka. Urodziłam w 5 godzin od pierwszego skurczu. Po porodzie synek przesypiał po 4 godziny, budził się na jedzenie i od razu zasypiał, wiec pierwsze 2 tygodnie miałam lajtowe. Pobudki w nocy oczywiście były na jedzenie. Młody się najadł i szedł spać. Żadnego płaczu, noszenia godzinami, nieprzespanych całych nocy ani nic. Oczywiście nie było tylko różowo. Były dni gorsze i lepsze, były choroby i wtedy marudzenie, wiadomo. Ale sporadycznie. Nie wiem po co to całe straszenie. Chyba po to, żeby pokazać innym jakie to te mamy są dzielne i odważne, bo taki horror maja w domu a dają radę. Ja wiem, że są różne dzieci i niektóre mają kolki lub są płaczliwe bez powodu. Ale mi prawie każda mama takie historie opowiadała a raczej nie uwierzę, ze każda miała przekichane tylko ja wyjątkowe szczęście :)

  6. ~Ola W. pisze:

    Ja myślę, że to tylko w pewnym stopniu straszenie. Część tak gada żeby gadać. No ale niestety część opowiada z własnych doświadczeń. Ja obie ciąże przeszłam bez większych dolegliwości, a i dzieciaki do rany przyłóż. Tak jak i Twoje dziecko tak i moje mogłyby zachęcać do rodzicielstwa. Jednak nie wszyscy tak mają. Są dzieci, które faktycznie dają w kość. Nieprzespane noce, ciągły płacz itd. to później takie matki się żalą bo to jedyne co mogą zrobić. Chociaż faktycznie jak się jest w ciąży to się kiepsko znosi te historie, bo człowieka ogarnia przerażenia co to będzie.Oczywiście są też matki, które robią konkurs na to kto ma gorzej…takich unikam jak ognia ;) Pozdrawiam

  7. loona pisze:

    Bo macierzyństwem trzeba umieć się cieszyć właśnie tak jak Ty to robisz . Najważniejsze ,że maluch zdrowy reszta to ,,pikuś”.

  8. ~mona pisze:

    I tak trzymaj!!! Wszystkie takie „lewe rączki” najlepiej by nic nie robiły, a wystarczy dobra organizacja i tyle. Nasze mamy i babcie to dopiero miały bajzel, żadnych udogodnień, zero sprzętu który by im pomógł, kolejki i właściwie na półkach sam ocet. Teraz to jest raj, a nie macierzyństwo. Te które tak straszą są chyba paniusiami, które o życiu nie mają pojęcia.

  9. ~ania pisze:

    każdy ma inaczej, widać te matki miały gorzej, chociaż ja, mimo, że poród miałam ciężki bardzo, nie straszę innych kobiet, bo każda ma inaczej i nie da się przewidzieć co będzie. fajnie, że autorka ma dobrze i życzę aby było tak dalej.

  10. ~mama misia-pysia pisze:

    Jesteśmy na podobnym etapie i w sumie mam podobne doświadczenia…Na początku lekkie mdłości, a później sama przyjemność bycia w ciąży i teraz bycia mamą. No poród do przyjemnych nie należał ale to raczej wina złego prowadzenia niż samego porodu bo po dobie skurczów skończyło się cesarka( ja od razu wiedziałam, że tak będzie, lekarze nie) i wbrew pozorom „dochodzenie do siebie” po cesarce okazało się być łatwe i przyjemne w porównaniu do oksytocynowych skurczów… Obecnie misio-pysio wstaje w nocy raz, a w dzień godzinami bawi się sam, to ja zabiegam o jego uwagę częściej niż on o moją, no i ani chorób, ani alergii, ani kolek, a wszystko to miało nas dopaść bo nie dość, że to nasz pierworodny więc nie będziemy umieli sobie poradzić, a babcie daleko, nie dość,że mały karmiony sztucznie to jeszcze mamy psa – kiła mogiła. Ludzie to wogOle mają problem z przetrawieniem czyjegoś powodzenia, a pojawienie się dziecka wiadomo, jest wyzwaniem ale to najlepsze co może nas w życiu spotkać. Pozdrowienia dla Miniaturka :*

  11. ~emy2 pisze:

    Mój Kropek był wystaranym i cztery lata wyczekiwanym dzieciątkiem, jest złotym dzidziusiem i też irytują mnie te koleżeńskie przestrogi. Bycie mamą to najpiękniejsze, co mogło mnie w życiu spotkać:) Pozdrawiam sfrustrowane babki, które do macierzyństwa nie dojrzały!

  12. ~Monia pisze:

    Też tak miałam przy pierwszym dziecku. Praktycznie zero problemów. Szybki poród. Dziecko wesołe, nie chorowało, szybko nauczylo się mówić, sikać na nocnik, jadło wszystko… A ja szybko wróciłam do mojej figury.Wprost idealnie :-)
    Gdy urodziłam drugie dziecko – wtedy poznałam co to znaczą kolki (2 godziny płaczu kazdego dnia wieczorem, a żadne leki nie działały..), potem zapalenie płuc, oskrzeli, rotawirusy, co z tym związane sporo tygodni spędzone w szpitalu, ja na „dyżurze” przy dziecku 24h/dobę, sen max 1-2h zwykle w ciągu dnia i zero pomocy ze strony rodziny, bo przecież „jedno odchowałaś to i drugie dasz radę”. Dałam radę, a jakże. Ale przypłaciłam to swoim zdrowiem fizycznym i psychicznym (półroczną depresja). Obecnie dzieciaki już nie chorują tyle i dobrze się rozwijają. Ale pierwsze 3 lata życia synka to byl koszmar do tego stopnia, że nie mam zamiaru mieć więcej dzieci.
    Więc tak naprawdę nie można tematu uogólniać.. każde dziecko rozwija się inaczej, a życie pisze różne historie..

  13. ~KaNia pisze:

    No ja również nie rozumiem tych histerii. Chyba wszystkim tym straszącym mamom się należała takie męczące macierzyństwo ;) ja też już pół roku jestem szczęśliwą mamą i nie zauważyłam minusów tego stanu, za ciążą czasem tęsknie, a poród wspominam z uśmiechem i satysfakcją, i już myślę o rodzeństwie dla mojego Malucha :)
    Pozdrawiam!

  14. ~Mama pisze:

    Moja mala ma rowniez pol roku, czytajac ten wpis usmiechalam sie do siebie, caly czas mialam wrazenie jakbym sama to napisala :) tez mnie wszyzscy straszyli, ‚ zobaczysz, zobaczysz, na nic nie ma czasu, twoje zycie sie skonczylo, przygotuj sie bedzie ciezko…’ Bla bla bla…. Teraz mowia, ze szczescie mialam bo mam grzeczne dziecko, i w ogole dziewczynka a z dziewczynkami jest latwiej…. Hihi

  15. ~Monika pisze:

    Czytam ten tekst i nie wierzę, że sama go nie napisałam …. :) teraz mnie straszą, że pewnie to drugie da popalić i w ciąży i pózniej , skoro z pierwszym wygrałam jak na loterii :)

  16. ~ciotka klotka pisze:

    Straszenie to nasz sport narodowy i dotyczy nie tylko ciąży i macierzyństwa. Ze względu na chorobę przewlekłą jestem częstym gościem w szpitalach. W straszeniu specjalizują się głównie starsze panie. Wiele razy już słyszałam, że czyjaś ciotka „miała to samo” co ja i „nie pożyła długo, biedaczka”. Ja ze swoją chorobą żyję już ponad 30 lat i zanosi mi się na co najmniej drugie tyle, ale jak ktoś mniej doświadczony, to takie straszenie może naprawdę zaszkodzić – wiadomo przecież, jak ważne jest psychiczne nastawienie pacjenta. Dlatego nie dajmy się straszyć. Najprostszy sposób: demaskować „straszycielki” („straszyciele” trafiali mi się zdecydowanie rzadziej). Mówić otwarcie: „nie wierzę w ani jedno pani słowo, proszę znaleźć sobie inną ofiarę”. Jeśli ktoś straszy, jak to będzie ciężko, jaki ból, itp. można też rzucić coś typu: „Uuu, to z Pani straszna mimoza! Moja ciotka to pięciokilowe dziecko urodziła i tego samego dnia w pole pracować poszła!” Oczywiście, „straszycielka” nakręca się wtedy jeszcze bardziej, my zaś możemy dalej ją podpuszczać. Ona popada w coraz większą śmieszność i tym samym zamiast strachu mamy świetną zabawę kosztem „straszycielki”. Polecam wszystkim:)

  17. ~Natka pisze:

    Dziwne to co piszesz.Ja przez całą ciążę ani razu nie usłyszałam takich komentarzy,może pojawiły sie jakieś rozmowy dotyczące trudności na początku,gdy dzieci są malutkie,ale nigdy na zasadzie”jeszcze zobaczysz”.Jedyne co mi przychodzi do głowy,to że twoja postawa wzbudzała taką reakcję,kobiety które cięzko przechodziły ciążę,lub pierwsze miesiące gdy dzidziuś był na świecie,może czuły sie prowokowane twoją postawą która mówiła ,ze ty nie spodziewasz się żadnych problemów,niespodzianek,niedogodności,jakbyś była ponad to…dziwne,ze akurat wszyscy mówili jeszcze zobaczysz…Ciesz,sie że los był dla ciebie łaskawy,i możesz wszystkim grać na nosie,przeciez jest super,nie ma żadnych niedogodności,wszystkim na około możesz pokazać,jak u ciebie wszystko jest doskonałe…

  18. ~mama bliźniaków pisze:

    Masz szczęście że masz tak grzeczne dziecko :) Praktycznie wszystkie „negatywne” aspekty macierzyństwa, o których piszesz, mi się przydarzają. Ciąża? Potworne obrzęki i bóle nóg, rwa kulszowa ciążowa i miesiąc przed porodem w szpitalu ze względy na krótką szyjkę. W szpitalu dochodzi gestoza, duże nadciśnienie, wiecznie zapalenia żył od kroplówek. Po porodzie ogromna huśtawka nastrojów. Moi niespełna 3-letni chłopcy tylko przez parę pierwszych miesięcy byli grzeczni, a potem zaczęło się ząbkowanie (i brak przespanej całej nocy od 2 lat) które do dziś to horror (jeszcze pozostał jeden ząb do wyjścia) – mimo podania środków przeciwbólowych – płacz i ogromne rozdrażnienie. Do tego dochodzi problem z jedzeniem – ciężko im cokolwiek dać jeść bo nie chcą. Mało tego są niesamowicie ruchliwi i energiczni, praktycznie nic w domu nie da się przy nich zrobić, trzeba robić w nocy. Poza tym mąż pracujący na dwa etaty żeby za coś żyć bo mnie z pracy zwolnili zaraz po macierzyńskim. Tak kolorowo więc nie jest, a o odpoczynku to w ogóle zapomniałam bo po prostu nie mam na niego czasu. Organizm już się buntuje bo jest wycieńczony, ale niestety nie ma za bardzo innego wyjścia z tej sytuacji… Pocieszam się że dzieci rosną :) Ale najważniejsze jest to, że są zdrowi, mimo, że infekcje jak u innych dzieci mają i oczywiście obydwa naraz, albo jeden po drugim. Czasem naprawdę nie mam siły wstać następnego dnia… Ale dzieci wszystkie trudy wynagradzają jak przyjdą przytulą się, uśmiechną i powiedzą „mamusia”, podziękują za obiad, który im cudem wcisnęłam… Macierzyństwo jest trudne z mojej perspektywy, ale jednocześnie daje siłę, żeby jednak wstać następnego dnia. Odmienia życie na zawsze, ale daje motywację bo żyjemy dla kogoś, dla kogo jesteśmy najważniejsi na świecie (przynajmniej w okresie dzieciństwa). I to jest jest sens naszego życia – żyć dla kogoś :) Także dzieci to jeden z najpiękniejszych rozdziałów w naszym życiu i mimo, że czasem dają w kość bardzo je kochamy z mężem :) Pozdrawiam serdecznie i życzę samych dobrych chwil w życiu :)

  19. ~Mama w Niemczech pisze:

    Wiesz co ja mysle, ze duzo od dziecka zalezy … Widac masz wyjatkowo spokojne i grzeczne dziecko ale wierz mi … kiedys sie zacznie czy to bunt 2 latka czy chocby skok w rozwoju i dziecko sie zmieni. Szwagier niedawno zostal ojcem, synek ma teraz prawie 10 miesiecy. Do 4 miesiecy byl jak aniol, na tyle, ze wybrali sie z nim na miesieczna podroz (zawitali do nas na Bawarie z polnocy Niemiec, dalej krotko Austria, Chorwacja, polskie morze i powrot do domu) i mowili, ze super sie z nim podrozowalo, ciagle spal i lubi podroze … dodam, ze do 4 miesiecy nigdzie z nim sie nie wybierali w zadne odwiedziny i tez nikogo nie zapraszali aby sie malym pochwalic,my bylismy pierwszymi goscmi (oprocz dziadkow, ktorzy widzieli malego w szpitalu) i co …. teraz podrozowanie z nim to meka, drze sie jak tylko jest zapiety w foteliku i potrafi prawie 5 h podrozy wrzeszczec, malo spi w dzien i w nocy budzi po 3-4 razy…. Mowia, ze to zabkowanie, mozliwe ale dziecko sie moze naprawde diametralnie zmienic …. Wiek od 7-9 miesiecy to dla dziecka nowe wyzwania, duzo juz umie, raczkuje, siedzi, wszystko go interesuje, to i szkoda czasu na spanie a jak spiace dziecko, to marudne. Podobno dziecinstwo moze przejsc super bez problemow, a dziecko w okresie bycia nastolatkiem zacznie nam dostarczac „wrazen” a wiec nic nas nie ominie :P Ja licze na taryfe ulgowa bo moje dzieci byly bardzo impulsywne, bunt 2 latka u nich zaczal sie chyba ok pol roku wczesniej. Moj 1,5 roczny syn jak mu sie cos nie podobalo, to potrafil tluc czolem w podloge, ulie, beton ….. mimo iz mial siniaki, nie przestawal… Myslalam, ze oszaleje … W koncu lekarz powiedzial, ze choc to trudne, nie reagowac a maly zobaczy, ze to nic nie daje :) Latwo mowic, gorzej zrobic ale udalo sie w koncu. Teraz ma 7 lat ale denerwowanie i impulsywnosc nadal w nim siedza :P Powodzenia!

  20. ~sylwia pisze:

    to dobrze, ze tak wszystko sie uklada i zycze wszystkiego dobrego dalej. u mnie tak dobrze nie bylo,bo te niemile rzeczy mnie dopadly, chociaz nikt mnie nie straszyl. Milej podrozy i pieknych wspomnien

  21. ~gośka pisze:

    „No to teraz zobaczysz…”
    :)
    dwie ciąże, dwoje dzieci i………… nigdy więcej……….
    pierwsza – jak Twoja – wszystko super, zero skurczy, zero zgagi, energii za trzy osoby, brzuszek mały. Dziecko zdrowe, śpiące, bez kolek…… wszystko piękne, cacy, wspaniałe.
    Druga ciąża: mdłości, wymioty, zgaga, opuchnięte ręce, nogi, oczy i co tam jeszcze chcesz, ja na okrągło śpiąca i zmęczona……. Mała płacząca, śpiąca po 20 minut, kolki po 6 godzin. Do tego ja sama z dwójką dzieci, bo mąż pracował „poza domem”.
    Oczywiście nie życzę, ale : „Poczekaj, jeszcze zobaczysz…” :)
    Tylko porody miałam ok. Wszystko błyskawicznie, bez komplikacji……..

  22. ~jonaszewski pisze:

    Straszenie ma poprawić samopoczucie straszącego, nic więcej. Jest dla tych, którzy sobie nie radzą lub mają pecha trafić np. na dziecko kolkowe. Ja tam życzę wszystkim jak najlepiej, rodzicielstwo nie jest takie złe, a zresztą po co się rozpisywać o złych stronach, skoro summa summarum więcej jest dobrych.

  23. Mam bardzo podobne doświadczenia :) Całe szczęście, że dzieci urodziły nam się zdrowe, bo pewnie zupełnie inaczej wyglądałoby nasze życie gdyby było inaczej. Nie mniej, u nas ju minęły prawie dwa lata i jest coraz lepiej, więc chyba już nie zobaczę ;)

  24. I oczywiście, że życie nie musi ograniczać się do piaskownicy, jeśli tylko podejmiemy wysiłek i trochę pokombinujemy, a o tym u nas na blogu ;)

  25. ~Karolina pisze:

    Powinnaś się cieszyć, bo jesteś szczesciarą! Niestety, ale większość mam nie ma tak dobrze. My walczyliśmy o pierś, nie udało się. Od narodzin problem z ulewaniem do 8 miesiąca i pilnowanie w nocy, bo czkał i nie mógł powietrza złapać. Teraz ząbkowanie… tylko raz przespał całą noc w swoim łóżeczku od urodzenia… zazdroszczę Ci- jesteś wyjątkiem.

  26. ~Anya pisze:

    Świetny artykuł, bardzo mi się podoba to, że ktoś myśli podobne.W moim otoczeniu matki-polki straszą wielką zmorą – macierzyństwem. Cieszę się, że obalasz ten mit. Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
0 Flares Twitter 0 Facebook 0 Google+ 0 0 Flares ×